premiery

Rozmowy z artystami

Postautor: Grochu » 2014-06-14, 22:46

Wleciał wywiad

O tym, że na Śląsku jest mnóstwo niesamowicie zdolnych muzyków wiadomo nie od dziś. Dlatego i tym razem przeniesiemy się w tamtejsze rejony, by porozmawiać z jednym z nich, chociaż będzie trochę mniej typowo, gdyż nie o czarnym metalu, którym ta ziemia silna niebywale będziemy gawędzić, a o rapie. Nie byle jakim – rapie rytualnym, „przesiąkniętym rozpaczą i beznadzieją tłoczoną z kominów ludzkich dusz”. Być może niewielu wie kim jest niejaki Krvavy, więc najwyższy czas to zmienić. Przyczyną poniższej pogawędki stał się najnowszy krążek tegoż – W czerńotchłań, mroczny, zimny i refleksyjny, przy dźwiękach którego zejdziemy do piekieł, przemierzymy zimowy las, pokonamy „demony nieczłowieczeństwa” by zdobyć tatrzańskie szczyty.


Śląsk to region bogaty zarówno w muzyczne wydarzenia jak i ziemia która zrodziła wielkich muzyków. Długo by wymieniać, bo znaczących reprezentantów macie niemalże w każdym gatunku, od muzyki klasycznej, folklorystycznej, przez bluesa, rap, aż po najczarniejszy metal. Jak myślisz co jest takiego na Śląsku, krv3że jest tu tak wielu artystów?


Krvavy: Muzyków, twórców wszędzie jest wielu. Mam wrażenie, że chodzi jednak o specyfikę twórczości poczętej na Śląsku. Nie wiem czym przesiąknięte jest tutejsze powietrze, ale niesie w sobie coś na tyle niezwykłego, że utkane z niego twory nabierają niepowtarzalnych kształtów, form. Za każdym razem, kiedy wracam na Śląsk (szczególnie pociągiem) czuję jak mnie ogarnia, a ja bezwiednie je wchłaniam. Uwielbiam te powroty. Uwielbiam budzić się w przedziale pociągu u kresu mej podróży czując, że jestem już tam, gdzie być powinienem. W miejscu, gdzie szare mury są jeszcze bardziej szare, deszcz chłodniejszy i bardziej cierpki od każdego innego opadu, śnieg czarny jak smoła, a jesień najsmutniejsza ze wszystkich. Z miejsca, gdzie węgiel wydobywa się z Piekła. To Morowe powietrze budzące Odrazę.

Czy fakt, że żyjesz w sercu śląskiej ziemi – Katowicach, ma wpływ na Twoją twórczość?

Krvavy: Oczywiście. Myślę, że gdybym nie przesiąkł stęchlizną tego miejsca, nie byłbym takim samym człowiekiem. O tym samym światopoglądzie. Odpowiadając przy okazji na Twoje wcześniejsze pytanie, myślę, że miejsce narodzin daje nam odrębny sposób patrzenia na świat, jego czucia. Odmienną wrażliwość. Sposób jej przetwarzania.

Mieszkasz w środku aglomeracji, a mimo to (lub dlatego?) góry wydają się być dla Ciebie miejscem znaczącym. Sporo ich w tekstach, a na „W Czerńotchłań” znalazły się nawet podziękowania dla „Polskich Tatr”, natomiast Twój dark-ambientowy projekt Vyrh „inspirowany jest tragicznymi zdarzeniami mającymi miejsce w górach”. Co takiego znajdujesz na górskich szlakach, że kusi Cię ich majestat? Czy są one dla Ciebie azylem, ucieczką od zgiełku wielkiego miasta?

Krvavy:
Są dla mnie równie znaczące jak Śląsk. Nie wyobrażam sobie mieszkać w innym miejscu niż Katowice (no chyba, że ktoś postawi mi chałupkę na norweskich fiordach), ale też nie wyobrażam sobie nie odwiedzić kilka razy do roku gór. Jeszcze zanim nauczyłem się chodzić, mój rodziciel, nomen omen człowiek gór, doprowadził do naszego spotkania. Szybko się polubiliśmy, choć byliśmy dla siebie wymagającymi partnerami. We krwi mojego ojca płynęły górskie potoki a swą pasję, czy wręcz miłość, pragnął mi przekazać. Już za dzieciaka dane było mi wejść na najwyższe tatrzańskie szczyty. Z nich patrzy się na świat inaczej. W górach czuję pewien rodzaj wolności, ale też szacunek dla nich samych. Nauczyły mnie zarówno siły, jak i pewnego rodzaju pokory. Wspomniałem wcześniej o powrotach na Śląsk. To właśnie z gór zazwyczaj wracam pociągiem i przekraczam nim magiczną granicę dwóch światów. Stąd też wiele motywów podróży w tekstach. Co do projektu Vyrh – góry kryją w sobie liczne tajemnice. Pociągają niewiadomą, swym ogromem. Ich zdobywanie to głównie pokonywanie samego sieśląsk2bie. Ograniczeń, które mamy w głowie. Człowieka można jednak złamać. Możemy sami siebie złamać, porywając się na szczyty, które nie chcą naszej obecności. Projekt Vyrh jest zarówno hołdem dla samych gór jak i dla ludzi, którzy wpadli w wir szaleństwa, łamiąc wszelkie bariery swojego umysłu i woli. Dla ich szaleństwa, rozpaczy, beznadziei. Dla niemocy, którą napotykamy zarówno odkopując zasypany śniegiem szlak jak i tej, którą napotykamy w codziennych sytuacjach. To tak naprawdę jedna niemoc. Jeden umysł. Te same bariery.

Określasz swoją muzykę jako „rap rytualny”. Co konkretnie masz na myśli nadając jej takie miano? Czy ów rytuał odnosi się bardziej do religii, czy może do rytuału jakim jest życie?

Krvavy:
Zaczynając od pierwszego członu – rap. Tworzę muzykę w estetyce rapu – „Cztery na cztery, prostacka rytmika”. Ale raperem nie jestem, w żadnym wypadku. Jednak jakoś zaszufladkować się trzeba, a że formą najbliżej mi do tego gatunku… Nienawidzę, gdy podciąga się to, co robię pod horrorcore. Uwłaczające. Co do rytuału to i owszem, odnosi się on do sfery duchowej. Do mitologii, demonologii chrześcijan jak i Słowian. Teksty nasycone są właśnie tą symboliką, tworzone są poprzez ich pryzmat. Przy okazji sam akt nagrywania jest pewnego rodzaju rytuałem. Wielu moim znajomym wystarczy kilkanaście minut na nagranie utworu, mi zajmuje to czasem kilka godzin. Wyrzygiwanie z siebie swojego wnętrza jest dla mnie czasochłonne, bolesne w wymiarze fizycznym, a czasem psychicznym. Szczególnie tyczy się to czasów „Trzynastego Apostoła” i „Fantazygoty”, kiedy to wypluwałem z siebie cały ładunek emocjonalny jaki zdołałem w sobie nagromadzić. „W Czerńotchłań” jest albumem zdecydowanie bardziej refleksyjnym niż emocjonalnym. Rzekłbym, że nawet bardziej rzemieślniczym niż poprzednie płyty.

Właśnie chciałam zapytać o najnowszą płytę – „W czerńotchłań”. Tytuł dokładnie koreluje z treścią i klimatem, bo to płyta niezwykle klimatyczna, zimna niczym lód, mroczna jak czarna otchłań. Przyznam szczerze, że z dotychczasowego dorobku (nie umniejszając wartości wcześniejszym poczynaniom) jest to płyta najcięższa, niezwykle refleksyjna, aluzyjna, choć sprawia też wrażenie twórczości dość osobistej. Czy taka stylistyka wynikła z wewnętrznej potrzeby? Czy są to Twoje osobiste refleksje, z którymi się w pełni utożsamiasz? Czy jednak przy tworzeniu starałeś się uchwycić też prawdy uniwersalne?

Krvavy:
Nie ma dla mnie prawd uniwersalnych. Tworzę muzykę podług tego jaki jestem. Ja jestem swoją muzyką, a ona jest mną. Pisanie o rzeczach niezgodnych ze mną i z moim światopoglądem byłoby bezsensowne. W tym co tworzymy, robimy, zawsze jest jakiś pierwiastek Siebie. W utworach tego pierwiastka jest wiele, bo odnoszą się do stanu mojej duszy i psychiki. Staram się, za pomocą pierwotnego narzędzia jakim jest język, opisać to co czuję w środku. W słowa ubieram zarówno myśli jak i emocje, odczucia. Każda z płyt jest osobista, jedne są mniej, inne bardziej nacechowane emocjonalnie.

Rap rytualny z jednej strony, a z drugiej dark ambitent/occult pod nazwą Vyrh (choć po ostatnim zamieszczonym utworze, można wnioskować, że jego rozwój może przybrać bardziej ekstremalną formę)? Skąd w Tobie potrzeba łączenia tak pozornie skrajnych dziedzin?

Krvavy:
Nie nazwałbym tego skrajnościami. Tekstowo to w zasadzie jedna płaszczyzna, z tym, że w Vyrhu nie jest skrępowana formą. Kładę nacisk na klimat utworów, zarówno pod względem instrumentalnym jak i tekstowym. Atmosfera obu projektów jest podobna, ubrane są jednak w inne kształty. Vyrh jest ucieczką od czwórek, szesnastek, sylabiczności. Chciałbym by projekt był nieskrępowany jak góry, bez ram i okowów – jak szaleństwo.

Trudno jest oprzeć się wrażeniu, że Twoja twórczość oparta jest na solidnym fundamencie muzycznym. Jak wygląda Twój osobisty proces tworzenia – najpierw rodzą się słowa czy dźwięki? Co ma dla Ciebie wartość nadrzędną – tekst, który daje ci spełnienie twórcy, czy może jednak komponowanie i aranżowanie muzyki? Na najnowszej płycie pojawia się kilku gości – jaki był ich udział w procesie twórczym? Był jakiś, czy jedynie wspomogli Cię realizując Twoje wizje?

Krvavy:
Swoją muzyczną podróż zacząłem właśnie od tworzenia wszelakich instrumentali. Nie myślałem wtedy o pisaniu. Teraz zazwyczaj najpierw rodzi się myśl, z niej kiełkują słowa, aby w końcu scalić się w tekst. Gdy wiem już jaki wydźwięk mają słowa, tworzę muzykę, albo dobieram już ze stworzonych instrumentali, czekających na swą kolej w jednym z podfolderów. Zdecydowanie bardziej wolę pisać, choć czuję, że bez muzyki słowa są nagie. Dopiero gdy złączą się z muzyką tworzą skończoną całość. Osoby, które pojawiają się gościnnie zawsze mają pełną swobodę twórczą. Nie zapraszam też byle kogo, tylko osoby o podobnej wrażliwości. Inaczej współpraca nie wypaliłaby, a utwór byłby tylko zlepkiem różnorodności. Ozzy swoją wrażliwością idealnie wpisuje się w klimat tego, co robię, jednocześnie ukazując rzeczy, których ja nie potrafiłbym przekazać. Wszak każdy z nas patrzy jednak na świat inaczej. Magda Przychodzka z zespołu Derwana wspomogła mnie bardziej formalnie. Nie było tego pierwotnie w planach, gdyż docelowo Magda miała zjawić się na przyszłej płycie słowiańskiej.

Nie sposób nie zatrzymać się przy tekstach. Niezwykle poetyckich. Każdy z nich można z powodzeniem oderwać od dźwięku i czytać jak solidną porcję dobrego wiersza. Mnogość metafor, refleksji, świetny warsztat słowny. Wszystko potęguje wrażenie, że z niebywałą lekkością przychodzi ci tworzenie tekstów o ciężkiej tematyce. Wyraźnie stronisz od prostych rozwiązań. Jak przebiega u Ciebie proces pisania? Czy to mozolna praca, a może natchnienie i chwila dają gotowy tekst?

Krvavy:
Przyrównuję proces tworzenia do wyrzygiwania swojego wnętrza, wypluwania siebie na papier. Przelewania Żółci z jednej misy do drugiej. „Trzynasty” powstał dość szybko, wszystko było pisane pod wpływem emocji i chwili. Pozwalałem wtedy wylać się emocjom na papier. Jeśli chodzi o „W Czerńotchłań” to proces ten był, jak wspominałem, bardziej rzemieślniczy. Skupiony na refleksji. Słowa były układane jak mury – cegła po cegle. Dla porównania „Król Olch” powstał w niecałe pół godziny, a już trzecia część trylogii – „Piołunowe”, w kilka godzin. Nie brak jednak tekstów natchnionych, jak niegdyś, jedną myślą. Takim tworem jest „Zwłokami Jego Byłaby Rosa”, czy „Sroczycowe Oko”.

Czujesz się współczesnym poetą?

Krvavy:
Trochę tak, trochę nie. Przede wszystkim czuję się twórcą (nie artystą). Myślę, że to określenie w pełni zaspokaja moją próżność.

Zostając jeszcze przy lirykach. Często podkreślasz, że każdy ma konkretną wymowę, znaczenie. Sugerujesz tym samym, że istniej jedna, dobra interpretacja. A co w takim razie ze swobodą dla odbiorcy? Przecież poezja, to jednak swoboda interpretacji. Czy sądzisz, że odbiorcy, których nie oszczędzasz, jeśli chodzi o mnogość nawiązań, będą w stanie w pełni pojąć i zrozumieć zamysł twórczy?

Krvavy:
Nie zgadzam się! To, że utwór ma konkretną wymowę nie znaczy, że należy go postrzegać jednokierunkowo. Nie ma czegoś takiego jak zła i dobra interpretacja, jest tylko interpretacja mniej lub bardziej odbiegająca od założeń nadawcy. Sugeruję odbiorcom to, że należałoby się przyjrzeć wszystkim nawiązaniom, aby mieć pełny obraz tekstu. Ludziom nie chce się zazwyczaj tego robić, przez co przyszywana jest mi łatka horrorcoru. Chciałbym po prostu, aby słuchacze nie ignorowali wyraźnych sygnałów jakie wysyłają do nich słowa. W moich tekstach nie ma słów z przypadku. Pełnią swą symboliczną wartę na straży treści. Co do pojęcia – nie, nie będą w stanie, bo nie mają pełnego obrazu mnie i mojego życia. Tak jak i ja nie będę w stanie pojąć tego, co chciał przekazać, np. Antoni Malczewski, gdyż nim nie jestem. Mogę tylko rozszyfrowywać jego słowa.

Jeśli o odbiorcach mowa, na swoim profilu na facebook’u nie stronisz od dyskusji z fanami. Zacytuję część jednej z nich: „jebać emocje” – „to po cóż mnie słuchasz?”. Jako twórca czujesz potrzebę pokierowania nimi tak, aby zrozumieli Twoją twórczość? Czy jest ona dla Ciebie sposobem wyrażania przede wszystkim emocji?

Krvavy:
Ze słuchaczami. Często zadaję takie pytania, bo po prostu nie rozumiem. Po co słuchać kogoś, kto pisze o emocjach, skoro ma się je gdzieś? Nie czuję potrzeby kierowania, co najwyżej nakierowania, nie na właściwy szczyt, ale przynajmniej na odpowiednie pasmo górskie. Natomiast samo tworzenie muzyki jest zaspokojeniem mojego wnętrza, a jej publikowanie – potrzeby atencji, łechtaniem ego i próżności.

Pozostańmy jeszcze chwilkę w temacie relacji odbiorca-twórca; mam takie wrażenie, że dajesz odbiorcom ciągłe wskazówki. Po raz kolejny powołam się na przykład facebook’a, polecasz niszowe filmy, cytujesz poetów – wierzysz w to, że Internet to coś więcej niż śmietnik i nadal jest tu miejsce na prawdziwą dyskusję choćby i o sztuce?

Krvavy:
Oczywiście. Dzielę się z ludźmi tym, co mogę. Sobą i tym, co poznałem, czym się interesuję. To wszystko jest składową także mej twórczości. Są to, jak to określiłaś, wskazówki.

Przyznajesz, że „nie słuchasz rapu, z małymi wyjątkami”, co w takim razie jest główną muzyczną inspiracją dla Ciebie, jako twórcy? Na nowym krążku w uszy wpadły dwie jasne aluzje; wers z Łkającej Wierszby: „Tylko. Piekło. Labirynty. Diabły.”, który chyba jednoznacznie kieruje odbiorców w stronę debiutu Morowe i tytuł „Za widnokręgiem ziemskiej rozpaczy”, który z kolei przywodzi na myśl utwór Fulgurum (nie mogę też odegnać wrażenia, że pierwsze dwa wersy CCK III są aluzją do historii jednej znajomości). Czy rzeczywiście te zespoły należą do kręgu Twoich muzycznych zainteresowań?

Krvavy:
Gdyby nie należały, nie znalazłyby się w tekstach. Na to pytanie miał odpowiedzieć utwór, który jednak nie pojawił się na płycie, tj. „Miasto Podróżników w Czasie”. Inspiruje mnie black, occult, folk, pagan metal, głównie ze sceny słowiańskiej – Furia, Morowe, Massemord (i wszelakie poboczne projekty Nihila i Sarsa), Mgła, Jarun, Plaga (nie mogę doczekać się nadchodzącej płyty). Wychodząc poza granice kraju – Arkona, Dordeduh, Hate Forest, Carpathian Forest. No i Karpathia, Temnohor, Igric od naszych południowych sąsiadów. Także mniej lub bardziej folkowe zespoły- Żywiołak, Jar, Wardruna, Hagalaz, no i muzyka rytualna – Phurpa, Enemite, Omala, Arktau Eos, Halo Manash, Aderlating, Zero Kama, Gnaw Their Tongues, Hexentanz. Żałuję, że praktycznie nie ma słowiańskiej muzyki rytualnej.

Aktualnie nie jesteś związany z żadną wytwórnią, sam przyznałeś, że jeśli już, bardziej skłaniałbyś się ku niszowemu labelowi wydającemu metal, niż rap, mimo to nadal wydajesz swoją twórczość własnym sumptem. Czy ten sposób jest dla ciebie satysfakcjonujący? Czy chodzi o płynącą z takiego rozwiązania swobodę? A może jednak myślisz o związaniu się z jakimś szyldem wydawniczym?

Krvavy:
Jest, bo nie mam żadnych ograniczeń, nakazów, zakazów, jestem niby panem niby swego losu. Jeśli miałbym się związać z jakimś wydawcą to tylko z takim, który nie narzuciłby mi swojego jarzma. Z drugiej strony robienie wszystkiego samemu – od muzyki, przez okładki i ilustracje, po logistykę i organizację przedsięwzięcia jakim jest wydanie płyty, jest przerażająco męczące. Brak mi wsparcia od strony technicznej.

Dopiero co słuchacze dostali cios w postaci „W czerńotchłań”, a Ty już ogłaszasz, iż prace nad „słowiańską” płytą zostały rozpoczęte. W swoich wcześniejszej twórczości dość często nawiązywałeś do boga zarówno chrześcijańskiego (jawiąc się jako jego antagonista, to go uśmiercając, to oskarżając) jak i bóstw pogańskich przezeń wypartych, czego więc możemy spodziewać się po powstającej płycie? Czy o jej słowiańskości świadczyć będzie jeszcze więcej nawiązań do naszych rodzimych wierzeń, a może będą to nawiązania muzyczne, a może jedno i drugie? Możesz zdradzić choć częściowo swoją wizję?

Krvavy:
Spodziewać się można tego, co już zaprezentowały „Ludzkie Diabły”, „Święto Kozła”, czy „Synowie” (ci szczęśliwie Nienarodzeni). Czyli połączenia dawnej formuły muzycznej WCO i Trzynastego, wspartej próbami wytworzenia słowiańskiej muzyki rytualnej (Święto Kozła). Jednocześnie mam nadzieję ukończyć prace nad pierwszym albumem spod szyldu Vyrhu.
Zatem czekamy. Dziękuję za wywiad.
Rozmawiała: Justyna Bochenek

40%
40%
 
Posty: 207
Rejestracja: 2013-04-15, 21:12
Lokalizacja: Gorzów Wielkopolski

Wróć do Wywiady